Archiwum

Tag Archives: wino z Lidla

Dawno nie piłem nic taniego, więc dziś przetestuję to niepozorne tempranillo z Lidla (11,99 pln). Nazwa wina wygląda jak jakiś szyfr, więc czytelników zainteresowanych kryptologią zapraszam do zabawy, ja tymczasem wyciągam korek.

inez cos tamAch, jeszcze dwa słowa o tym dlaczego wybrałem akurat to wino. Generalnie etap doszukiwania się smaku i sensu w winach za dziesięć złotych z groszami dawno mam za sobą, jednak czasem chciałoby się trafić dużo za niedużo, tak samo jak wielu z nas zdarza się czasem puścić lotka – nie ma to wielkiego sensu, no ale czasem się uda. Dalej myślę tak – jeśli tanie wino ma być dobre, to musi być z Hiszpanii albo Portugalii. Jeśli hiszpańskie, to z mało prestiżowego, ale solidnego  regionu, niech będzie Navarra. I jeszcze jakby miało jakąś nazwę producenta na kontretykiecie, byłoby suer. Bodegas Branas Viejas jest niemal niewygooglywalne, ale zawsze to lepsze niż jakiś anonimowy ciąg znaków. Wyciągam sztuczny korek…

Wino jest klarowne i ciemnoczerwone, zdecydowanie mniej rozwodnione niż się spodziewałem. Pachnie intensywnie, trochę truskawkami, a trochę burakiem, ale można powiedzieć, że ma w sobie coś z tempranillo. W ustach ma nieco owocu i kwasowości, a także zaskakująco dużo słodyczy, choć jest winem wytrawnym. Jest tu nawet trochę tanin w postaci lekko zapiaszczonego pieprzu na finiszu.

Ogólnie rzecz biorąc, ku mojemu zaskoczeniu, da się to pić. W smaku jest czyste i choć mocno kojarzy się z sokiem z buraka, to jest to wino, które nie zabije, a nawet da odrobinę przyjemności, zwłaszcza komuś, kto nie lubi „tych wytrawnych kwasiorów”. Może i było zaprawiane koncentratem buraczanym, kto to wie, ale mając 12 złotych i ani grosza więcej do wydania na wino, kupiłbym je pownownie. Czyli pewnie nie kupię…

Ach, miały być oceny! Dobra, daję trzy i pół.

Dawno nie było u nas żadnego bezpośredniego starcia. Głównie dlatego, że opanowaliśmy prostą winiarską matematykę i wiemy, że dwa wina po 13 złotych to nie to samo, co jedno za 26. No chyba, że potrzebujemy się szybko nawalić. Bezpośrednie porównania mają jednak niezaprzeczalny walor edukacyjny, toteż prezentujemy dziś pojedynek tanich sauvignon blanc z popularnych marketów. Niech poleje się… wino!battle of sauv blancs

Oba wina to przemysłowe produkty lane z fermentatora prosto do komory tankowca i butelkowane czort wie gdzie, więc nie ma co pytać o producenta, ani tym bardziej o winnicę z której pochodzą, bo chyba lepiej nie wiedzieć. Cimarosa 2012 Sauvignon Blanc przyjechała z RPA i kosztuje w Lidlu 12 pln, a Simply Sauvignon Blanc, rocznik nieznany, przypłynęło z Chile i stoi na pólkach w Tesco za 13,5 pln.

Oba wina zakręcane nakrętką (to plus), oba w kolorze podobne, bladożółte, przejrzyste, średnio gęste. Cimarosa w pierwszej chwili pachnie kocimi sikami, czyli pdręcznikowo, potem pojawiają się aromaty owoców tropikalnych, zdecydowanie czujemy mango. Zapach Simply meandruje gdzieś między szmatą do podłogi a mokrą sierścią. W ustach wino z Lidla jest proste, o wyraźnej, ale znośnej kwasowości, w smaku wyczuwamy niuanse owoców, a na finiszu mamy sporo goryczy. Tescowe sauvignon blanc ma sporo ostrej, nieprzyjemnej kwasowości, mało ciała i jakiś ślad cytrusowej owocowości, ale ogólne wrażenie jest bardzo niekorzystne.

W tym pojedynku laur zwycięzcy przyznajemy winu Cimarosa 2012 Sauvignon Blanc. Simply Sauvignon Blanc okazało się być praktycznie niepijalne, choć znamy już dobrze rozbieżności jakościowe w kategorii tanich marketowych produktów i przyjmujemy do wiadomości, że mogła to być gorsza butelka. Nie zmienia to faktu, że była zła i o tym piszemy. Cimarosa z kolei jest winem dość słabym, ale dającym się wypić bez przykrości. Ma nienajgorszy, tropikalny zapach, w miarę okiełznaną kwasowość i powinno dać radę jako wino kulinarne doby kryzysu. Jest to więc wygrana na zasadzie „w krainie ślepców jednooki królem” i w związku z tym Instytut powstrzyma sie od polecania lub odradzania zwycięzcy.

gavi lidlW Lidlu w Niemczech za 3,99 euro, u nas Castel di Serra Gavi 2011 stoi za 20 pln bez jednego grosza, różnica do przełknięcia. Znaleźliśmy je w przepastnych katakumbach Instytutu, kupione dawno temu, gdy dzień kończył się zanim się na dobre zaczął, a na białe wino mieliśmy taką samą ochotę jak na kąpiel w jeziorze albo spanie w namiocie. Teraz jest ciepło, upiekliśmy rybę, testujemy.

W kieliszku jasne i przejrzyste jak wykład profesora Miodka. W nosie mniej niż średnio intesywne, trochę cytrusów, trochę jabłka. W ustach mocno kwasowe, ze śladowym, cytrusowym owocem oraz goryczką na finiszu. Ciała mało. Ogólnie wino jest proste i poprawne, choć jego bezcielistość sprawia, że uznajemy je za dość przeciętne. Wysoka kwasowość sprawi, że nada się do jakiejś sałatki, tudzież ryby i tak należy je traktować – jako proste wino kulinarne. Pite bez wsparcia jakiegoś jedzenia powali nas kwasem.

Valdehermoso 2010 Roble Ribera del Duero

valdehermoso robleDegustowaliśmy niedawno bezbeczkowe Joven tego producenta, teraz czas na Roble (Lidl, 29,90 pln). Co do Joven pojawiły się wątpliwości czy aby wino nie było pędzone na wiórach dębowych, a do dyskusji włączył się sam producent. Nam się to wino nawet podobało, choć lekka powidłowatość owocu i niewygórowana kwasowość sprawiły, że od zachywtów byliśmy dalecy.

Roble beczki zaznało bez wątpienia, o czym informuje sam producent – 9 miesięcy w beczkach z dębu francuskiego. W nosie poza czerownym owocem wyczuwamy nutę wanilii oraz ślad tytoniu, przy czym aromat jest dość dyskretny. W przypadku win beczkowanych z Hiszpanii zawsze trochę obawiamy się powidłowatego, rozgotowanego owocu, ale tutaj tego nie ma, w ustach wino jest świeże, a kwasowość wysoka, podobnie jak taniny, których tu nie brak, początkowo ściągające i suche, z czasem nieco łagodnieją, ale towarzyszą nam aż do końca. Finisz pieprzny i siarczysty jak mróz za oknem.

Valdehermoso Roble jest winem o klasę lepszym od Joven, dużo świeższe, bardziej zadziorne i kwasowe, a przy tym pełne owocu. Dobra propozycja do mięs. My testowaliśmy ze smażonym schabem i było bardzo dobrze. Pite solo, bez jedzenia, może jednak zmęczyć. W naszym odczuciu warto dorzucić te dwie złotówki i wybrać Roble zamiast Joven, pod warunkiem, że szukamy wina do posiłku. W innym przypadku łatwiejsze do picia może być to młodsze.

bestheim rieslingNie będziemy wnikać czy to wino od dużej spółdzielni producenckiej z Alzacji zasługuje na miano Grand Cru, czy nie. Sprawdzimy za to czy Bestheim Riesling Wiebelsberg 2011 (38 pln, Lidl) jest winem dobrym i godnym polecenia.

Zapach jest intensywny i przyjemny, w pierwszej kolejności kwiatowy, może nieco perfumowany, potem rozwijają się nuty dojrzałego agrestu oraz jakby miodowe. W ustach jest podobnie, agrest, trochę cytrusów i ślad miodu. Kwasowość intensywna, ale i wyraźnie wyczuwalny cukier resztkowy sprawiają, że wino dobrze pije się solo, nieźle z jedzeniem, a i z babką piaskową połączyło się wcale zacnie.

Grand Cru czy nie, wino jest w porządku. Pośród wszystkich dyskontowych wielkich etykiet, ta akurat daje radę. Bardziej smuci nas fakt, że z bogatej oferty francuskiej w Lidlu jest to dopiero druga butelka, po Chateau Tour de Castres 2008, którą możemy bez wstydu polecić.

W tytułowym, jakże błyskotliwym a przewrotnym pytaniu nie chodzi nam o całkiem niezłego bloga, na którego bez wątpienia warto czasem zajrzeć, co sami również czynimy. Chodzi o to, co producent, dystrybutor albo importer nakleja na butelki. Czy warto się wczytywać w kontretykietki i jakich użytecznych informacji możemy się tam doszukać? Instytut w swojej dogłębnej analizie postara się poszukać odpowiedzi na to pytanie.

Ilość informacji zawartych na kontretykiecie może wahać się od zupełnego minimum, jak na tym regionalnym Chianti, które nie ma ambicji bycia winem międzynarodowym:

krótko i na temat

albo na tym langwedockim Piquepoul’u:

minimalizm

przez uporządkowane i estetyczne, takie jak

estetycznie i uporządkowanie

aż po wina z Lidla, na których mamy ten sam natłok informacji w kilku różnych językach:

jestem takim wspaniałym winem

Szczytem technicznego ekshibicjonizmu są kontretykiety burgundów od Nicolasa Potela, gdzie znajdziemy nawet poziom trans-resweratrolu i współrzędne GPS winnicy.

No własnie, co z tego wszystkiego jest tak naprawdę przydatne i jakich informacji warto szukać, stojąc przez półką w sklepie?

Sakramentalne i powtarzane jak mantra „pasuje do czerwonych mięs i serów” traktujemy jak wypełniacz miejsca. Jesteśmy w Polsce, tu się nie je deski serów na przystawkę i owoców morza na drugie. Dlatego na porady kulinarne z etykietek patrzymy z przymrużeniem oka i czekamy kiedy wreszcie na alzackim rieslingu przeczytamy, że pasuje do schabowego, sałatki z majonezem i smażonego karpia, a na chianti, że jest dobre do ruskich pierogów, kebaba i bigosu. No i pamiętamy, że do śledzia tylko wódka.

Poziomem alkoholu też nie warto sobie zawracać głowy, no chyba, że są to jakieś skrajne wartości, np. mniej niż 8, albo więcej niż 16%. Nierzadko zdarza się, że solidne 14,5% alkoholu jest pięknie wtopione w wino, a 12,5% wali po nozdrzach spirytusem, mówiąc obcesowo. Jeśli znamy takie trudne słowo jak szaptalizacja, to możemy zacząć się bawić w analizowanie poziomu alkoholu w winie w zależności od jego pochodzenia itd. Ale dopóki nie chcemy podawać wina gościom szczególnie wyczulonym na ten parametr, możemy go sobie odpuścić.

O tym, że patrzymy na szczep i region pisać w zasadzie nie trzeba. Szczep – bo szukamy tego, co lubimy lub chcemy poznać, region, bo… no właśnie. Wina z Doliny Rodanu, Dao, wielu regionów Hiszpanii, czy Langwedocji uchodzą za dobre i tanie, choć nie jest to regułą. Inaczej sprawa ma się w przypadku wielkich apelacji, takich jak Chateauneuf-du-Pape, Barolo czy Chablis. Popularna w wielu dyskontach strategia umieszczania w ofercie sławnych etykiet w niskich, jak na nie, choć relatywnie wysokich, cenach, to głównie marketing, a dla nas zabawa typu high risk – high reward. Jeśli Brunello di Montalcino za 70 pln okaże się być dobrym winem, oddającym charakter regionu, to super, wygraliśmy. A jeśli nie, to jesteśmy o 70 złotych, albo o dwa-trzy niezłe wina z Cotes-du-Rhone ubożsi. Dlatego w Instytucie nie podniecamy się szatonefem za 50 złotych. Raz daliśmy się nabrać, od teraz czytamy blogi i uczymy się na cudzych błędach, nie swoich.

W Instytucie zwracamy uwagę przede wszystkim na producenta. To oczywiste, że większości nazwisk nie znamy, ale nie o to chodzi, by kojarzyć winiarza z twarzy i nazwiska. Gros wina dostępnego np. w dyskontach to wina z winogron zbieranych gdzie indziej niż są winifikowane i jeszcze gdzie indziej butelkowanych. Nierzadko jako producent figuruje ciąg niewiele mówiących literek i cyferek. Może to oznaczać, że wino z krzaka do butelki przebyło długą i krętą drogę, może też oznaczać, że ktoś skupuje i przerabia gorsze winogrona z lepszych apelacji, by sprzedawać je jako Chianti czy Montepulciano d’Abruzzo. Te wszystkie zabiegi nie wpływają korzystnie na jakość wina. Kupując wina od konkretnego producenta mamy większą szansę trafienia na dobre, charakterystyczne wino, nawet za niewielkie pieniądze. Dobry przykład to Quadrifolia z Biedronki czy Saxa Loquuntur z Lidla, wina do dostania w okolicach 20 złotych, o sprawdzonej i ustalonej renomie na polskim rynku. Oczywiście nie ma reguły, bywa że znana apelacja od tajemniczego „R.E. 29.05.300 CAT” za kilkanaście złotych okazuje się być niezłym winem. Z doświadczenia jednak wiemy, że jakość takiego wina może zmieniać się dramatycznie z butelki na butelkę.

Czy czytamy notki degustacyjne? Nie, szkoda czasu. Na Carlo Rossi nie przeczytamy, że wino, choć bez większych wad, to jest rozwodnione i totalnie pozbawione charakteru. Notki degustacyjne to lepszy lub gorszy marketing i wypełniacz miejsca, nic więcej. Co zatem czytamy? Winne blogi! Okazje w stylu świetnego Primitivo za 10 złotych z Biedronki zdarzają się raz na pięćdziesiąt etykiet, mała szansa że nasz portfel wytrzyma takie poszukiwania, za to niezniszczalne wątroby winnych blogerów z pewnością zniosą ten wysiłek cierpliwie i z godnością. Ufajmy im, bo choć czasem błądzą we mgle, to zwykle wiedzą co robią i co piją.

Podsumowując:

W Instytucie zwracamy uwagę na:

1. Szczep

2. Region

3. Producenta

Raczej olewamy:

1. Notki degustacyjne

2. Poziom alkoholu

Do wina zniechęcą nas:

1. Ciąg literek i cyferek zamiast nazwiska producenta

2. Wielka apelacja w podejrzanie niskiej cenie

3. Złocone paski, szlaczki i literki, drogi Lidlu.

Valdehermoso 2011 Joven Ribera del Duero

valdehermoso jovenPodczas myszkowania w Lidlu, pośród stosów Bordeaux, z których mało które potem okazuje się być dobre, natknęliśmy się na kilka win jakby nie stąd. Wyszliśmy z dwoma hiszpańskimi – Valdehermoso Joven i Saxa Loquuntur. Oba opatrzone gustowną nawieszką z bajkową historyjką o producencie. To drugie jest już dobrze znane blogosferze, dlatego najpierw wspomnimy o tym pierwszym.

Nawieszka opowiada o rodzinie Valderiz, gdzie nestor rodu osobiście dogląda produkcji. Rzut oka na stronę internetową- naprawdę senor Valderiz jest w stanie dopilnować sześciedziesięciohektarowego interesu? Hmm, ok, bajka przednia, ale grunt, że pod tym winem podpisuje się ktoś konkretny, a nie ciąg literek i cyferek z jakiegoś Lamporecchio (to takie małe miasteczko w Toskanii, które nas prześladuje), które skupują winogrona z połowy kraju i wypuszczają trzydzieści butelek w piętnastu apelacjach.

Valdehermoso 2011 Joven (28 pln, Lidl) to podstawowe wino tego producenta. W nosie dość spokojne, dyskretne, wyczuwamy aromat dojrzałych czerwonych owoców, po kilku niuchach przebija się alkohol (14,5% go jest w tym winie). W ustach truskawki i wiśnie, dojrzałe i dające wrażenie lekkiej słodyczy. Kwasowość raczej niska, a na finiszu pojawia się intensywna nuta pieprzno – ziołowa. Gdybyśmy nie wiedzieli wcześniej co to za szczep, obstawilibyśmy syrah.

Przyjemne, bezbeczkowe, spokojne i dobrze ułożone wino z Ribery. Docentowi zabrakło w nim kwasowości, by się zachwycił, ale żeńskiej części Instytutu się bardzo podobało.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.