Archiwum

Archiwa tagu: wino z Lidla

Dawno nie piłem nic taniego, więc dziś przetestuję to niepozorne tempranillo z Lidla (11,99 pln). Nazwa wina wygląda jak jakiś szyfr, więc czytelników zainteresowanych kryptologią zapraszam do zabawy, ja tymczasem wyciągam korek.

inez cos tamAch, jeszcze dwa słowa o tym dlaczego wybrałem akurat to wino. Generalnie etap doszukiwania się smaku i sensu w winach za dziesięć złotych z groszami dawno mam za sobą, jednak czasem chciałoby się trafić dużo za niedużo, tak samo jak wielu z nas zdarza się czasem puścić lotka – nie ma to wielkiego sensu, no ale czasem się uda. Dalej myślę tak – jeśli tanie wino ma być dobre, to musi być z Hiszpanii albo Portugalii. Jeśli hiszpańskie, to z mało prestiżowego, ale solidnego  regionu, niech będzie Navarra. I jeszcze jakby miało jakąś nazwę producenta na kontretykiecie, byłoby suer. Bodegas Branas Viejas jest niemal niewygooglywalne, ale zawsze to lepsze niż jakiś anonimowy ciąg znaków. Wyciągam sztuczny korek…

Wino jest klarowne i ciemnoczerwone, zdecydowanie mniej rozwodnione niż się spodziewałem. Pachnie intensywnie, trochę truskawkami, a trochę burakiem, ale można powiedzieć, że ma w sobie coś z tempranillo. W ustach ma nieco owocu i kwasowości, a także zaskakująco dużo słodyczy, choć jest winem wytrawnym. Jest tu nawet trochę tanin w postaci lekko zapiaszczonego pieprzu na finiszu.

Ogólnie rzecz biorąc, ku mojemu zaskoczeniu, da się to pić. W smaku jest czyste i choć mocno kojarzy się z sokiem z buraka, to jest to wino, które nie zabije, a nawet da odrobinę przyjemności, zwłaszcza komuś, kto nie lubi „tych wytrawnych kwasiorów”. Może i było zaprawiane koncentratem buraczanym, kto to wie, ale mając 12 złotych i ani grosza więcej do wydania na wino, kupiłbym je pownownie. Czyli pewnie nie kupię…

Ach, miały być oceny! Dobra, daję trzy i pół.

Dawno nie było u nas żadnego bezpośredniego starcia. Głównie dlatego, że opanowaliśmy prostą winiarską matematykę i wiemy, że dwa wina po 13 złotych to nie to samo, co jedno za 26. No chyba, że potrzebujemy się szybko nawalić. Bezpośrednie porównania mają jednak niezaprzeczalny walor edukacyjny, toteż prezentujemy dziś pojedynek tanich sauvignon blanc z popularnych marketów. Niech poleje się… wino!battle of sauv blancs

Oba wina to przemysłowe produkty lane z fermentatora prosto do komory tankowca i butelkowane czort wie gdzie, więc nie ma co pytać o producenta, ani tym bardziej o winnicę z której pochodzą, bo chyba lepiej nie wiedzieć. Cimarosa 2012 Sauvignon Blanc przyjechała z RPA i kosztuje w Lidlu 12 pln, a Simply Sauvignon Blanc, rocznik nieznany, przypłynęło z Chile i stoi na pólkach w Tesco za 13,5 pln.

Oba wina zakręcane nakrętką (to plus), oba w kolorze podobne, bladożółte, przejrzyste, średnio gęste. Cimarosa w pierwszej chwili pachnie kocimi sikami, czyli pdręcznikowo, potem pojawiają się aromaty owoców tropikalnych, zdecydowanie czujemy mango. Zapach Simply meandruje gdzieś między szmatą do podłogi a mokrą sierścią. W ustach wino z Lidla jest proste, o wyraźnej, ale znośnej kwasowości, w smaku wyczuwamy niuanse owoców, a na finiszu mamy sporo goryczy. Tescowe sauvignon blanc ma sporo ostrej, nieprzyjemnej kwasowości, mało ciała i jakiś ślad cytrusowej owocowości, ale ogólne wrażenie jest bardzo niekorzystne.

W tym pojedynku laur zwycięzcy przyznajemy winu Cimarosa 2012 Sauvignon Blanc. Simply Sauvignon Blanc okazało się być praktycznie niepijalne, choć znamy już dobrze rozbieżności jakościowe w kategorii tanich marketowych produktów i przyjmujemy do wiadomości, że mogła to być gorsza butelka. Nie zmienia to faktu, że była zła i o tym piszemy. Cimarosa z kolei jest winem dość słabym, ale dającym się wypić bez przykrości. Ma nienajgorszy, tropikalny zapach, w miarę okiełznaną kwasowość i powinno dać radę jako wino kulinarne doby kryzysu. Jest to więc wygrana na zasadzie „w krainie ślepców jednooki królem” i w związku z tym Instytut powstrzyma sie od polecania lub odradzania zwycięzcy.

gavi lidlW Lidlu w Niemczech za 3,99 euro, u nas Castel di Serra Gavi 2011 stoi za 20 pln bez jednego grosza, różnica do przełknięcia. Znaleźliśmy je w przepastnych katakumbach Instytutu, kupione dawno temu, gdy dzień kończył się zanim się na dobre zaczął, a na białe wino mieliśmy taką samą ochotę jak na kąpiel w jeziorze albo spanie w namiocie. Teraz jest ciepło, upiekliśmy rybę, testujemy.

W kieliszku jasne i przejrzyste jak wykład profesora Miodka. W nosie mniej niż średnio intesywne, trochę cytrusów, trochę jabłka. W ustach mocno kwasowe, ze śladowym, cytrusowym owocem oraz goryczką na finiszu. Ciała mało. Ogólnie wino jest proste i poprawne, choć jego bezcielistość sprawia, że uznajemy je za dość przeciętne. Wysoka kwasowość sprawi, że nada się do jakiejś sałatki, tudzież ryby i tak należy je traktować – jako proste wino kulinarne. Pite bez wsparcia jakiegoś jedzenia powali nas kwasem.

Valdehermoso 2010 Roble Ribera del Duero

valdehermoso robleDegustowaliśmy niedawno bezbeczkowe Joven tego producenta, teraz czas na Roble (Lidl, 29,90 pln). Co do Joven pojawiły się wątpliwości czy aby wino nie było pędzone na wiórach dębowych, a do dyskusji włączył się sam producent. Nam się to wino nawet podobało, choć lekka powidłowatość owocu i niewygórowana kwasowość sprawiły, że od zachywtów byliśmy dalecy.

Roble beczki zaznało bez wątpienia, o czym informuje sam producent – 9 miesięcy w beczkach z dębu francuskiego. W nosie poza czerownym owocem wyczuwamy nutę wanilii oraz ślad tytoniu, przy czym aromat jest dość dyskretny. W przypadku win beczkowanych z Hiszpanii zawsze trochę obawiamy się powidłowatego, rozgotowanego owocu, ale tutaj tego nie ma, w ustach wino jest świeże, a kwasowość wysoka, podobnie jak taniny, których tu nie brak, początkowo ściągające i suche, z czasem nieco łagodnieją, ale towarzyszą nam aż do końca. Finisz pieprzny i siarczysty jak mróz za oknem.

Valdehermoso Roble jest winem o klasę lepszym od Joven, dużo świeższe, bardziej zadziorne i kwasowe, a przy tym pełne owocu. Dobra propozycja do mięs. My testowaliśmy ze smażonym schabem i było bardzo dobrze. Pite solo, bez jedzenia, może jednak zmęczyć. W naszym odczuciu warto dorzucić te dwie złotówki i wybrać Roble zamiast Joven, pod warunkiem, że szukamy wina do posiłku. W innym przypadku łatwiejsze do picia może być to młodsze.

bestheim rieslingNie będziemy wnikać czy to wino od dużej spółdzielni producenckiej z Alzacji zasługuje na miano Grand Cru, czy nie. Sprawdzimy za to czy Bestheim Riesling Wiebelsberg 2011 (38 pln, Lidl) jest winem dobrym i godnym polecenia.

Zapach jest intensywny i przyjemny, w pierwszej kolejności kwiatowy, może nieco perfumowany, potem rozwijają się nuty dojrzałego agrestu oraz jakby miodowe. W ustach jest podobnie, agrest, trochę cytrusów i ślad miodu. Kwasowość intensywna, ale i wyraźnie wyczuwalny cukier resztkowy sprawiają, że wino dobrze pije się solo, nieźle z jedzeniem, a i z babką piaskową połączyło się wcale zacnie.

Grand Cru czy nie, wino jest w porządku. Pośród wszystkich dyskontowych wielkich etykiet, ta akurat daje radę. Bardziej smuci nas fakt, że z bogatej oferty francuskiej w Lidlu jest to dopiero druga butelka, po Chateau Tour de Castres 2008, którą możemy bez wstydu polecić.

W tytułowym, jakże błyskotliwym a przewrotnym pytaniu nie chodzi nam o całkiem niezłego bloga, na którego bez wątpienia warto czasem zajrzeć, co sami również czynimy. Chodzi o to, co producent, dystrybutor albo importer nakleja na butelki. Czy warto się wczytywać w kontretykietki i jakich użytecznych informacji możemy się tam doszukać? Instytut w swojej dogłębnej analizie postara się poszukać odpowiedzi na to pytanie.

Ilość informacji zawartych na kontretykiecie może wahać się od zupełnego minimum, jak na tym regionalnym Chianti, które nie ma ambicji bycia winem międzynarodowym:

krótko i na temat

albo na tym langwedockim Piquepoul’u:

minimalizm

przez uporządkowane i estetyczne, takie jak

estetycznie i uporządkowanie

aż po wina z Lidla, na których mamy ten sam natłok informacji w kilku różnych językach:

jestem takim wspaniałym winem

Szczytem technicznego ekshibicjonizmu są kontretykiety burgundów od Nicolasa Potela, gdzie znajdziemy nawet poziom trans-resweratrolu i współrzędne GPS winnicy.

No własnie, co z tego wszystkiego jest tak naprawdę przydatne i jakich informacji warto szukać, stojąc przez półką w sklepie?

Sakramentalne i powtarzane jak mantra „pasuje do czerwonych mięs i serów” traktujemy jak wypełniacz miejsca. Jesteśmy w Polsce, tu się nie je deski serów na przystawkę i owoców morza na drugie. Dlatego na porady kulinarne z etykietek patrzymy z przymrużeniem oka i czekamy kiedy wreszcie na alzackim rieslingu przeczytamy, że pasuje do schabowego, sałatki z majonezem i smażonego karpia, a na chianti, że jest dobre do ruskich pierogów, kebaba i bigosu. No i pamiętamy, że do śledzia tylko wódka.

Poziomem alkoholu też nie warto sobie zawracać głowy, no chyba, że są to jakieś skrajne wartości, np. mniej niż 8, albo więcej niż 16%. Nierzadko zdarza się, że solidne 14,5% alkoholu jest pięknie wtopione w wino, a 12,5% wali po nozdrzach spirytusem, mówiąc obcesowo. Jeśli znamy takie trudne słowo jak szaptalizacja, to możemy zacząć się bawić w analizowanie poziomu alkoholu w winie w zależności od jego pochodzenia itd. Ale dopóki nie chcemy podawać wina gościom szczególnie wyczulonym na ten parametr, możemy go sobie odpuścić.

O tym, że patrzymy na szczep i region pisać w zasadzie nie trzeba. Szczep – bo szukamy tego, co lubimy lub chcemy poznać, region, bo… no właśnie. Wina z Doliny Rodanu, Dao, wielu regionów Hiszpanii, czy Langwedocji uchodzą za dobre i tanie, choć nie jest to regułą. Inaczej sprawa ma się w przypadku wielkich apelacji, takich jak Chateauneuf-du-Pape, Barolo czy Chablis. Popularna w wielu dyskontach strategia umieszczania w ofercie sławnych etykiet w niskich, jak na nie, choć relatywnie wysokich, cenach, to głównie marketing, a dla nas zabawa typu high risk – high reward. Jeśli Brunello di Montalcino za 70 pln okaże się być dobrym winem, oddającym charakter regionu, to super, wygraliśmy. A jeśli nie, to jesteśmy o 70 złotych, albo o dwa-trzy niezłe wina z Cotes-du-Rhone ubożsi. Dlatego w Instytucie nie podniecamy się szatonefem za 50 złotych. Raz daliśmy się nabrać, od teraz czytamy blogi i uczymy się na cudzych błędach, nie swoich.

W Instytucie zwracamy uwagę przede wszystkim na producenta. To oczywiste, że większości nazwisk nie znamy, ale nie o to chodzi, by kojarzyć winiarza z twarzy i nazwiska. Gros wina dostępnego np. w dyskontach to wina z winogron zbieranych gdzie indziej niż są winifikowane i jeszcze gdzie indziej butelkowanych. Nierzadko jako producent figuruje ciąg niewiele mówiących literek i cyferek. Może to oznaczać, że wino z krzaka do butelki przebyło długą i krętą drogę, może też oznaczać, że ktoś skupuje i przerabia gorsze winogrona z lepszych apelacji, by sprzedawać je jako Chianti czy Montepulciano d’Abruzzo. Te wszystkie zabiegi nie wpływają korzystnie na jakość wina. Kupując wina od konkretnego producenta mamy większą szansę trafienia na dobre, charakterystyczne wino, nawet za niewielkie pieniądze. Dobry przykład to Quadrifolia z Biedronki czy Saxa Loquuntur z Lidla, wina do dostania w okolicach 20 złotych, o sprawdzonej i ustalonej renomie na polskim rynku. Oczywiście nie ma reguły, bywa że znana apelacja od tajemniczego „R.E. 29.05.300 CAT” za kilkanaście złotych okazuje się być niezłym winem. Z doświadczenia jednak wiemy, że jakość takiego wina może zmieniać się dramatycznie z butelki na butelkę.

Czy czytamy notki degustacyjne? Nie, szkoda czasu. Na Carlo Rossi nie przeczytamy, że wino, choć bez większych wad, to jest rozwodnione i totalnie pozbawione charakteru. Notki degustacyjne to lepszy lub gorszy marketing i wypełniacz miejsca, nic więcej. Co zatem czytamy? Winne blogi! Okazje w stylu świetnego Primitivo za 10 złotych z Biedronki zdarzają się raz na pięćdziesiąt etykiet, mała szansa że nasz portfel wytrzyma takie poszukiwania, za to niezniszczalne wątroby winnych blogerów z pewnością zniosą ten wysiłek cierpliwie i z godnością. Ufajmy im, bo choć czasem błądzą we mgle, to zwykle wiedzą co robią i co piją.

Podsumowując:

W Instytucie zwracamy uwagę na:

1. Szczep

2. Region

3. Producenta

Raczej olewamy:

1. Notki degustacyjne

2. Poziom alkoholu

Do wina zniechęcą nas:

1. Ciąg literek i cyferek zamiast nazwiska producenta

2. Wielka apelacja w podejrzanie niskiej cenie

3. Złocone paski, szlaczki i literki, drogi Lidlu.

Valdehermoso 2011 Joven Ribera del Duero

valdehermoso jovenPodczas myszkowania w Lidlu, pośród stosów Bordeaux, z których mało które potem okazuje się być dobre, natknęliśmy się na kilka win jakby nie stąd. Wyszliśmy z dwoma hiszpańskimi – Valdehermoso Joven i Saxa Loquuntur. Oba opatrzone gustowną nawieszką z bajkową historyjką o producencie. To drugie jest już dobrze znane blogosferze, dlatego najpierw wspomnimy o tym pierwszym.

Nawieszka opowiada o rodzinie Valderiz, gdzie nestor rodu osobiście dogląda produkcji. Rzut oka na stronę internetową- naprawdę senor Valderiz jest w stanie dopilnować sześciedziesięciohektarowego interesu? Hmm, ok, bajka przednia, ale grunt, że pod tym winem podpisuje się ktoś konkretny, a nie ciąg literek i cyferek z jakiegoś Lamporecchio (to takie małe miasteczko w Toskanii, które nas prześladuje), które skupują winogrona z połowy kraju i wypuszczają trzydzieści butelek w piętnastu apelacjach.

Valdehermoso 2011 Joven (28 pln, Lidl) to podstawowe wino tego producenta. W nosie dość spokojne, dyskretne, wyczuwamy aromat dojrzałych czerwonych owoców, po kilku niuchach przebija się alkohol (14,5% go jest w tym winie). W ustach truskawki i wiśnie, dojrzałe i dające wrażenie lekkiej słodyczy. Kwasowość raczej niska, a na finiszu pojawia się intensywna nuta pieprzno – ziołowa. Gdybyśmy nie wiedzieli wcześniej co to za szczep, obstawilibyśmy syrah.

Przyjemne, bezbeczkowe, spokojne i dobrze ułożone wino z Ribery. Docentowi zabrakło w nim kwasowości, by się zachwycił, ale żeńskiej części Instytutu się bardzo podobało.

Instytut w trakcie swoich badań doszedł do zaskakującego wniosku – w dyskontach ciężko znaleźć dobre, proste wino codzienne, pasujące do kotleta i do makaronu. Z czego to wynika?

Naszym pierwszym typem na wino nasze powszednie było Chianti Pietremura 2011. W degustacji wypadło całkiem nieźle, cenę ma odpowiednią, niesie ze sobą jakieś wspomnienie po chianti, tak w nazwie jak i w aromacie. Za 14 pln super, będziemy od teraz wcinać makaron co drugi dzień, będzie jak we Włoszech minus kryzys. Zaczęliśmy kupować. Dość szybko okazało się, że wino jest bardzo nierówne, a może raczej partie tego wina są. Zdarza się, że przynosimy do Instytutu butelkę całkiem poprawną, zdarza, że wino śmierdzi chemią prawie jak tescowy Bikaver (nawet Domestos nie śmierdzi chemią tak bardzo jak ten Bikaver), zdarza, że jest kwach, zdarza, że nijakie. Jednym słowem, loteria. Cóż, myślimy, trzeba zmienić wino. W Tesco w tej cenie nie ma specjalnie wyboru, trzeba sięgnąć półkę wyżej. Prunus 2009 z Dao za 20 pln okazał się być idealny, sporo lepszy niż Pietremura, zrównoważony, owocowy, z dyskretną beczką, po prostu fajny. Kiedy stanął w promocji za 15 na różowym niebie zatańczyły jednorożce, a panie w kasach jeszcze bardziej wyładniały. Okazało się jednak, że była to promocja wyprzedażowa i od teraz możemy nabyć jedynie młodszy rocznik. Prunus 2010 jest niby dobry, ale jakby rozwodniony, aromat nie jest najlepszy, lekko chemiczny i nieco zielony. Może za pół roku o nowym Prunusie napiszemy to, co teraz o starym, ale w chwili obecnej nie jest to wino warte 20 złotych polskich.

Trzeba było wzuć kamasze i pójść do Biedronki. Chianti Borgo Cipresi jest nawet klasę gorszę niż Pietremura, odpadło w przedbiegach. Czerwone Boas za 18 pln nawet niezłe, ale to raczej nie będzie stała oferta. Czerwony Camparon za 15 złotych jest ok, ale to też nie jest wino, które chciałoby się pić codziennie. Sięgnęliśmy po sprawdzoną Quadrifolię 2010 i to okazał się strzał w dziesiątkę. Proste i owocowe, z fajną taniną, kapitalnie łączy się z makaronami, a do mielonego i kurczaka też da radę. Kosztuje 19 pln i od teraz to właśnie o butelkę z pomarańczową koniczyną można się potknąć na korytarzach Instytutu.

Z naszych badań wypływają następujące wnioski:
1. Tanie wina dyskontowe charakteryzują się brakiem przewidywalności. Raz pijemy my, raz upija się zlewozmywak. W tej sytuacji dobre, proste wino to wydatek nie 13-14 złotych, ale wielokrotność tej kwoty.
2. Skoro wiemy już, że nie da się kupować pereł w cenie wieprzowiny, dochodzimy do wniosku, że oszczędniej i bezpieczniej jest wydać kilka złotych więcej i zaczynamy kupować wina po około 20 pln. Sprawdza się mądrość starych górali – jak nie masz pieniędzy, kupuj rzeczy najdroższe na jakie Cię stać.
3. Okolice 20 złotych to cena, od której zaczyna się oferta specjalistycznych sklepów. Następnym krokiem powinna być zatem wnikliwa analiza asortymentu sklepów z winem, której to Instytut zamierza się podjąć.

Przez kilka ostatnich miesięcy Instytut nie opublikował ani jednej degustacji, ale nie oznacza to, że potencjał naukowy naszych kadr się wyczerpał, ani też, o zgrozo, że ktoś tu został abstynentem. Był to bowiem dla Instytutu czas bardzo pracowity. Przerobiliśmy ofertę portugalską Biedronki oraz sporą część promocji francuskiej Lidla, rozpoczęliśmy regularne degustacje win powyżej magicznych trzech dych, a także znacząco zmieniliśmy filozofię szukania, kupowania i degustowania win. Wybraliśmy się na wycieczkę, nie tylko krajoznawczą, do Mierzęcina. Ponadto Instytut zmienił siedzibę i rozpoczął analizę oferty tanich win specjalistycznych sklepów.

Rozpocznijmy od krótkiego przeglądu sytuacji w dyskontach.

„Osiedlowym sklepem” Instytutu jest Tesco, toteż mamy podgląd na bieżąco na półki tego marketu. Na podstawie kilkumiesięcznych obserwacji stwierdzamy, że sytuacja w Tesco wygląda z dnia na dzień coraz gorzej. Zniknęły z pólek takie wina jak Montgolfier Chardonnay czy Camahueto, cena Misiones de Rengo z niewiadomych powodów potrafi na chwilę osiągnąć 88 złotych, by potem spaść do 43 pln, a wina słodkie i półwytrawne oraz jakieś różowe bułgarskie wynalazki wdzierają się na półki okupowane do tej pory przez wina wytrawne jak niegdyś czarna śmierć na terytorium Europy. W dodatku wyczerpały się zapasy bardzo dobrego Prunusa w roczniku 2009, a obecnie dostępny 2010 nie dorasta starszemu bratu do haluksów. Z nowości pojawił się w stałej ofercie chilijski Antares za 24pln oraz czerwone Bordeaux Chateau coś tam za 13pln, ale wspominamy o tym winie tylko po to, by przed nim ostrzec – śmierdzi jak worek niewyrzuconych od dwóch tygodni śmieci. Okazje w stylu Montepulciano za 15 złotych już się nie zdarzają. W akcie desperacji przyznajemy tytuł Wina Miesiąca czerwonemu kartolino za 6,99 pln w nagrodę za nienaganny styl, uczciwe rozwodnienie oraz zapach oscylujący między ‚lekko nijakim’ a ‚podobnym do wina’. Brawa, w tej cenie to ‚no brainer’!

Biedronka przyatakowała winami z Półwyspu Iberyjskiego. Wrócił Camparron, pojawiło się nienajgorsze czerwone Boas za 18pln i Gorgorito za 13pln, co do którego Instytut ma mieszane uczucia – niby dobre, ale jakby nie do końca, niby w porządku, ale coś jest nie tak. Hitem Biedronki pozostaje Quadrifolia za 19pln. Instytut bierze je za wzorzec poprawngo, fajnego i pasującego do różnych dań wina z dyskontu i kupuje regularnie.

Lidl zaskoczył ofertą francuską. Ponowne zaskoczenie przyszło, gdy po trzech dniach asortyment się wyczerpał i nie było czym uzupełniać półek. Spośród wielu win zdegustowanych przez Instytut jedno nas szczególnie urzekło – Chateau Tour de Castres 2008 za bodaj 45 pln. Uczciwa cena za bardzo dobrze zrobione wino, z przyjemną beczką i wyrazistym owocem. Szczochem roku zostaje za to Chateauneuf du Pape no name za około 50 pln. W tej cenie można mieć 7 litrów tescowego kartolino i jeszcze zostanie złotówka na koszyk. Przy czym tescolino wcale nie jest gorsze. Poza tym Instytut zdegustował kilka win w przedziale 15-40 pln, których nie pamięta oraz trzy butelki szeroko komentowanego Cotes du Rhone, z których jedna była dobra, jedna w miarę niezła, a jedna okazała się być podstępnym kwachem. Oferty podstawowej Lidla Instytut nie komentuje, gdyż odstraszają nas od niej obrzydliwe etykietki ze szlaczkami malowanymi złotą farbą.

.
Więcej o działaniach Instytutu w kolejnych wpisach.

Vespral resErva 2008

rodzaj: czerwone wytrawne
szczep: Tempranillo i Garnacha
kraj pochodzenia: Hiszpania
apelacja: Terra Alta
alkohol: 13%
cena: 14 pln
kupione w: Lidl

Vespral Reserva to jedno z najlepiej przetestowanych win na naszym rynku, swojego czasu rocznik 2006 został szeroko omówiony na polskich blogach, a opinie w wiekszości były umiarkowane lub wręcz chłodne. Instytutowi to popularne wino także wpadło w łapska, w związku z czym postanowiliśmy sprawdzić jak Vespral prezentuje się w roczniku 2008.

W zapachu swojska nuta kompostownika po deszczu, a na wierzchu garść trocin. W smaku wyraźnie kwasowe, dość owocowe (dojrzewające wiśnie) i mocno „zielone”. Nie wiadomo czy wino zostało otwarte zbyt wcześnie, czy po prostu jest stylizowane na cos lepszego. Efekt jest taki, że spod balowej sukni wystaje mokra słoma i gumofilce.

Ocena ogólna:
Instytut lubi hiszpańskie wina, bo są dobre i tanie. 14-15 złotych za reservę w dyskoncie nie robi na nas wrażenia taniochy. Wręcz przeciwnie, przy niskich marżach dyskontu tyle własnie powinna kosztować przyzwoita hiszpańska reserva. Ale tym razem otrzymaliśmy dość przeciętne wino, które traci głownie na tym, że udaje kozaka, a w rzeczywistości jest ciut lepszym kwachem. Może odczekanie roku lub dwóch, albo odstawienie na dwa dni po otwarciu poprawiłoby sytuację, ale Instytut nie miał ochoty tego sprawdzać.

Lepsze wrażenie zostawiła po sobie Baturrica Tarragona 2008 Reserva z Lidla, niedawno zdegustowana, a kosztująca kilka złotych mniej. Trzeba jednak mieć na uwadze, że wina w tym przedziale cenowym potrafią wykazywać dość istotne różnice pomiędzy butelkami. Ta sama Tarragona, degustowana kilka miesięcy wcześniej, była wybitnie sucha, taniczna i ściągająca.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.